To nigdy nie był mój samochód. I bardzo dobrze, bo gdyby był, pewnie szybciej osiwiałbym z nerwów. Ale jednocześnie był jednym z ważniejszych aut w moim życiu, bo od niego często zależało, czy danego dnia zarobię pieniądze, czy wrócę do domu tylko bogatszy w doświadczenia i frustrację. Przed wami Renault Master – narzędzie pracy, nie samochód.

Kiedy dawno temu zatrudniłem się w firmie, która miała flotę takich busów, wybór auta wyglądał bardzo prosto. Szef wyszedł na plac, rozejrzał się i powiedział jedno słowo: „Master”. I tyle. Jako młody pracownik nie miałem co liczyć na pachnące nowością egzemplarze z salonu. Dostałem samochód z przebiegiem, historią i charakterem, który zdecydowanie nie był łagodny.

Nie wybierałem wersji, wyposażenia ani koloru. Dostałem dokładnie to, co było wolne. Renault Master w najczystszej postaci — blacha, kierownica, skrzynia biegów i zero złudzeń. To nie był samochód, do którego się wsiadało. To było narzędzie, które się uruchamiało.

Pod maską pracował 2.2 diesel, 90 albo 120 koni — do dziś nie pamiętam i szczerze mówiąc, nie miało to żadnego znaczenia. Osiągi nie interesowały nikogo. Przyspieszenie? Prędkość maksymalna? To były pojęcia czysto teoretyczne. Liczyło się tylko jedno: czy ten bus da się załadować po dach i czy wjedzie pod górę bez robienia dwukilometrowego korka.

Renault Master nie zawsze chciał ze mną współpracować. Bywały dni, kiedy wyraźnie dawał mi do zrozumienia, że on już swoje zrobił i więcej nie zamierza. Ale mimo tego — a może właśnie dlatego — po latach wspominam go całkiem sympatycznie. Bo to był uczciwy osioł roboczy. Nie obiecywał niczego, czego nie mógł spełnić.

Komfort? Minimalny. Ergonomia? Umowna. Skrzynia biegów działała wtedy, kiedy miała dobry humor. Ale jeśli traktowałeś go jak narzędzie, a nie jak samochód, potrafił odwdzięczyć się solidną, ciężką robotą. Bez finezji, bez emocji, za to z poczuciem, że jeszcze jeden kurs da się zrobić.

Renault Master nauczył mnie jednej ważnej rzeczy: są auta, które mają dawać radość z jazdy, i są takie, które mają dowieźć robotę. I on absolutnie należał do tej drugiej kategorii. Nie kochałem go. Nie tęsknię. Ale mam do niego więcej szacunku niż do wielu „fajnych” samochodów, które po roku okazują się kompletnie bezużyteczne.

Bo Master był jaki był. I nigdy nie udawał, że jest kimś innym.
A film z Masterem do obejrzenia tutaj:
