SUV-y. Dla jednych motoryzacyjny grzech główny, dla innych dowód moralnego upadku Zachodu. Samochody, które – według internetowych ekspertów – kupuje się wyłącznie po to, by podgrzewać klimat, patrzeć na innych z góry i parkować dokładnie tak, żeby zablokować pół osiedla. Najlepiej w poprzek. Najlepiej pod żłobkiem.
W tej narracji SUV nie jest już autem. Jest światopoglądem na czterech kołach. Jeżdżąc nim, automatycznie stajesz się podejrzany. O brak empatii. O skrajny egoizm. O brak rozumu. A coraz częściej o wszystko na raz.
I właśnie dlatego ten temat tak mnie bawi.

Bo kiedy kupowałem to BMW X5 pierwszej generacji, nie czułem, że podpisuję manifest ideologiczny, ani że wchodzę w konflikt z planetą. Nie miałem poczucia, że zdradzam wartości. Chciałem samochodu. Takiego zwyczajnego, nieheroicznego samochodu do codziennego życia.

I to jest moment, w którym teoria zderza się z praktyką. Dla większości ludzi SUV nie jest deklaracją polityczną ani próbą dominacji w ruchu drogowym. Jest narzędziem. Wyborem podyktowanym ergonomią, wygodą i zwykłą ludzką potrzebą, żeby po pracy nie wysiadać z auta jak po walce bokserskiej.

Po pierwsze: wygoda. Ta najmniej modna z cech. Wsiadasz bez składania się jak scyzoryk, wysiadasz bez chóru trzasków i strzałów dochodzących z kolan. Siedzisz wyżej, naturalniej, bez wrażenia, że samochód testuje twoją sprawność fizyczną. Kręgosłup, zamiast pisać skargi, wreszcie milczy.

Po drugie: widoczność. To, co w komentarzach bywa nazywane „poczuciem wyższości”, w rzeczywistości oznacza po prostu, że widzisz więcej. Dalej. Wcześniej. I nie musisz zgadywać, czy trzy auta przed tobą ktoś właśnie wcisnął hamulec, czy tylko zmienił playlistę.
Po trzecie: przestrzeń. X5 nie udaje auta kompaktowego ani nie przeprasza za swoje gabaryty. Ono mówi wprost: „zmieszczę twoje rzeczy, twoje dzieci, twojego psa i twoje impulsywne decyzje zakupowe”. Bagażnik nie zadaje pytań, a tylna kanapa nie karze pasażerów za wzrost powyżej średniej krajowej.

Po czwarte: jakość starego BMW. Z czasów, gdy projektowanie samochodu nie zaczynało się w Excelu. Materiały są ciężkie, kierownica działa z oporem, a całość sprawia wrażenie zrobionej po coś więcej niż tylko do końca gwarancji.
Po piąte: uniwersalność. Miasto, trasa, zima, dziura w asfalcie wielkości ambicji drogowców – X5 wzrusza ramionami. Napęd na cztery koła nie jest zaproszeniem do off-roadu, tylko polisą ubezpieczeniową na życie w kraju o umiarkowanej jakości dróg, zwłaszcza tych osiedlowych.

Po szóste: spokój. Paradoksalnie SUV uspokaja. Nie prowokuje do ścigania się spod świateł, nie każe nikomu niczego udowadniać. Jedziesz swoim tempem, trochę obok drogowej nerwicy i wojny na pierwszeństwo.

Czy to auto idealne? Oczywiście, że nie. Pali więcej, zajmuje więcej miejsca i idealnie nadaje się na bohatera internetowej nagonki. Ale za każdym razem, gdy słyszę, że SUV to wyłącznie symbol arogancji i społecznej znieczulicy, nie potrafię się nie uśmiechnąć. Bo czasem to nie manifest. To po prostu wygodny, solidny samochód. I dokładnie dlatego nim jeżdżę.
A wszystkim, którzy wolą wersję filmową polecam ten film.
