Co można było zobaczyć na tegorocznym Warsaw Motoryckle Show? Kogo zabrakło? Czy zwiedzający dopisali? Oraz czy marzec tego oku to dobry moment na rozpoczęcie sezonu.

O tym wszystkim dzisiaj przeczytacie tutaj.
Mimo, że pogoda za oknem może mówić co innego sezon 2023 zbliża się wielkimi krokami. Dlatego postanowiliśmy wybrać się do Nadarzyna i sprawdzić co w motocyklowym świecie piszczy. Zanim udało się to zrobić trzeba było odstać swoje w korkach. Na wjazd na tegoroczne Warsaw Motorcycle Show czekaliśmy godzinę i chyba nie był to rekord, bo samochodów za nami z każdą minutą przybywało. Niestety tłumy ludzi, po zaparkowaniu, wysypały się potem z aut do wnętrza jedynej w tym roku hali wystawowej i efekt był taki, że przez dobre pół godziny po wejściu krążyliśmy dookoła wypatrując jakichkolwiek śladów obecności motocykli, bo zwyczajnie nie było ich widać. Moja rada na przyszły rok, przyjedźcie godzinę lub dwie przed zamknięciem wystawy, pojawienie się na niej od rana, czy w samo południe spowoduje, że po dłuższej chwili będziecie poirytowani i zmęczeni. Chociaż gdyby każdy wziął sobie do serca tą radę, to godziny szczytu przesunęłyby się na popołudnie i cytując klasyka: to by nic nie dało. Ja w każdym razie za rok zamierzam tak właśnie zrobić.

A co w środku? Po pierwsze lekkie rozczarowanie. Po świetnym 2019 zapamiętałem bogactwo stoisk i atrakcji, które spotykaliśmy na każdym kroku. Tym razem było tego mniej, zresztą nie tylko z powodu mniejszej powierzchni wystawienniczej. Przez sztormowo zimową pogodę odwołano np. część pokazów zorganizowanych na zewnątrz. Chociaż nasz człowiek na Harleyu czyli Maciek DOP starał się jak mógł, żeby grupie zziębniętych ludzi zapewnić rozrywkę driftując po placu swoimi motocyklami.

Nie będę wymieniał wszystkich marek, które wystawiały się na targach, z powodu tłumów część mogłem wręcz przegapić. Wspomnę tylko o wielkich nieobecnych czyli Suzuki i Hondzie. Nie wiem co poszło nie tak, ale impreza o takiej randze nie może sobie pozwolić na nieobecność takich graczy. Z całym szacunkiem dla tych mniej znanych firm i ich produktów, ale nie wypełnią tej luki stoiska z jednośladami elektrycznymi czy ciekawymi, ale jednak egzotycznymi pojazdami rodem z ulic dalekiego wchodu. Bardzo szeroko dosłownie i w przenośni wystawiał się Harley. Połączone siły kilku dealerów marki dały efekt w postaci ciekawego stoiska na którym królował model Road Glide ze specjalnej rocznicowej serii wyprodukowanej na 120 lecie marki.

Piękna maszyna z niesamowitym lakierem, która właściwie już w momencie zakupu staje się klasykiem. W sytuacji kiedy dopchanie się do motocykli było nie lada wyzwaniem wygrały firmy, które postawiły na eksponowanie swoich produktów na podwyższeniach. W ten sposób można było podziwiać choćby motocykle Ducati z wściekle czerwonym Diavelem na czele. Drugie takie stoisko należało do Kawasaki, które mnie osobiście przyciągało do siebie zgoła innym motocyklem, mianowicie Z900RS.

Piękny, ponadczasowy styl, czysta forma i malowanie, które bardzo przypadło mi do gustu. Dla fanów latania po krzakach i skakania na piachu swoją ofertę przygotowały Husqvarna, Beta i KTM. Ten ostatni kusił również zwiedzających serią Duke i swoim przebojowym Super 1290 Adventure.

Jednym z najbardziej obleganych miejsc był pawilon klubu Nornica, wystawiający jednoślady, które u ludzi w moim wieku zawsze poruszają lawinę wspomnień.

Odrestaurowane motorynki, Ogary, Wsk-i, Junaki czy Panonie przypadły do gustu zwiedzającym tak bardzo, że kolejka do oglądania prawie się nie poruszała. Wszyscy chcieli jak najdłużej nacieszyć oczy tym widokiem.

Silną reprezentację stanowiły wszelkiej maści skutery, co nie dziwi, w końcu jest to dla wielu pierwszy kontakt z dwoma kółkami, zwłaszcza po zmianie przepisów i pojawieniu się możliwości jazdy takimi sprzętami dla posiadaczy samochodowych praw jazdy. Zdecydowanie najbardziej podobała mi się strefa custom. Było tam o tyle fajnie, że nie dość, że naprawdę było na co popatrzeć to zwiedzanie umożliwiono zarówno z przodu jak i tyłu motocykli ustawionych w dwóch rzędach.

Można było wreszcie spokojnie postać, zrobić zdjęcie i ponapawać się obrazem tych wypieszczonych cudeniek. PZM-ot na swoim stoisku umożliwiał przeżycie kontrolowanego dachowania, ale co ciekawsze wystawiono również sportowe, torowe motocykle, a także quada Rafała Sonika z rajdu Dakar.

Jak słyszałem z tłumu dla niektórych konfrontacja wyobrażeń o takim topowym wyczynowym sprzęcie z rzeczywistością była bardzo zaskakująca, bo wszystko takie surowe, nawigacja bez dotykowego ekranu no i jeszcze te kreski na zbiorniku, jakby nie można było sprawdzić poziomu paliwa czy płynów na wyświetlaczu lcd. Ciekawe doświadczenie dla wszystkich.

Wybierając się na taka imprezę możemy się liczyć z tym, że spotkamy na niej podobnych do nas zapaleńców, znajomych no i rozpoznawalne postacie ze świata moto. Nie inaczej było tym razem. Zarówno na scenie, na której odbywały się przeróżne, wywiady, rozmowy i prezentacje jak i poza nią w tłumie zwiedzających pojawili się między innymi Piotr „Barry” Baryła z Motogenu, Lech Potyński ze Świata Motocykli, Motowizjoner Enrico Buscema, kilku Youtuberów, między innymi chłopaki z Motobandy, nie wspominając już o Aleksandrze Ostrowskim z Motowizji. „Ostry” przy każdym naszym okrążeniu hali odnajdywał się w innym miejscu, miało się wrażenie że jest wszędzie 🙂
Podsumowanie

Ze smutkiem chociaż bez specjalnego zaskoczenia stwierdzam, że tradycyjne motocykle powoli ale pewnie nieodwracalnie będą ustępowały pola pojazdom elektrycznym. Używam słowa pojazdy, bo liczna reprezentacja takich właśnie skuterów, motocykli czy np. trzy i czterokołowców przypominających tajlandzkie taksówki świadczy o tym, że będą one stanowiły coraz częstsza alternatywę dla motocykli spalinowych.

Pozostaje pytanie jak długo ludzie tacy jak członkowie klubu Nornica czy chłopaki od customów będą w stanie pielęgnować motocyklową tradycję. Myślę, że dążymy tu do polaryzacji podobnej jak w wielu innych dziedzinach naszego życia. Być może niedługo będziemy decydować: tradycja kontra nowoczesność, pasja kontra ekologia. Być może będziemy musieli wybierać między symbolicznymi zestawami: schabowy, ziemniaki i stare Junaki, albo elektryczne rowery, tuktuki i robaki. Albo co gorsza ktoś wybierze za nas. Mam wielką nadzieję, że istnieje szansa na jakąś zrównoważoną, trzecią drogę, czego nam wszystkim życzę.

A teraz kilka słów o samej wystawie.
Rozglądając się po sieci zauważyłem, że pojawiło się w niej sporo negatywnych opinii o organizacji imprezy. Że to już nie to, że kiedyś to było, a teraz to nie ma. Żeby była jasność: ja również dostrzegam spadek formy, ale nie zamierzam krytykować organizatorów. Mimo kilku niedociągnięć były również dociągnięcia i należy się z tego cieszyć. Jasne, że wolałbym 2 albo i 3 hale, więcej wystawców, więcej atrakcji i bardziej przystępną formę zwiedzania z falą oglądających, która rozlałaby się na większej powierzchni, ale pamiętajmy, że ciągle wychodzimy z post pandemicznego szoku, który został zastąpiony przez szok innego rodzaju chociaż również pochodzący ze wschodu.

Teraz kiedy wiemy już, że publika na pewno dopisze za rok apeluję do organizatorów: postarajcie się wrócić do poziomu z lat 2018 i 19. A wtedy wszyscy chętnie kupimy bilety, przyjedziemy na miejsce. I zabierzemy ze sobą kolegów.

Tutaj możecie zobaczyć to wszystko na filmie:
