Dlaczego Maciek wybrał Hondę CBR 600 F4? Dlaczego motocykle w ogóle? Co daje mu jazda na 2, a czasem tylko na jednym kole?
O tym wszystkim przeczytacie tutaj.
Zapraszam

W cyklu spotkań z ludźmi zarażonymi motoryzacją dzisiaj przedstawiam wam Maćka i jego szerszenia. Właściwie nazwę szerszeń należałoby zarezerować dla modelu Hornet, ale wystarczy spojrzeć na to malowanie, żeby skojarzenia nasunęły się same.
Historia

Seria CBR Hondy korzeniami sięga roku 1986, kiedy to powstała pierwsza maszyna spod znaku tych łatwo rozpoznawalnych dla fanów motocykli 3 liter, które rozwinięte miały oznaczać City Bike Racer, czyli jak łatwo się domyślić linię maszyn w dużym skrócie przeznaczoną zarówno do jazdy na co dzień jak i na tor. Przez lata techniczny kompromis, który zaproponowali Japończycy dostarczając CBR-kę 600 klientom zjednał im nieprzebrane tabuny zwolenników.

Z powodu swego przystępnego charakteru jak na, było nie było, motocykl sportowy 600-ka często wybierana była na pierwszy motocykl przez świeżo upieczonych posiadaczy prawa jazdy, a zdarzało się, że wiele osób wsiadało na nią jeszcze na długo przed „pieczeniem”.

Model, którym porusza się Maciek wszedł do produkcji w 1999 roku i był na rynku zaledwie dwa lata. Mimo tak krótkiego żywota wniósł ze sobą znaczny powiew świeżości. F4, bo taki kod nosi wspomniany sprzęt zyskał nową aluminową ramę, aluminiowy wahacz, dokonano zmian w silniku, który od tej pory był lżejszy. Skrócono rozstaw kół, zmienił się też kąt pochylenia główki ramy.

Jeźdźcy otrzymali wygodną, podwójną kanapę i jak na sportowy motocykl bardzo akceptowalną pozycję za kierownicą. 110 KM i 65 Nm momentu obrotowego pozwalało na dobra zabawę i osiągi, których nie trzeba się było wstydzić. W 2001 roku ostatnią gaźnikową 600-tkę spod znaku CBR zastąpił model F4 i, gdzie owo „i” jak injection oznajmiało wszem i wobec początek ery wtrysku w tych bardzo popularnych maszynach.

Poznajcie Maćka
Maciek od młodzieńczych lat obracający się w towarzystwie starszych kolegów, którzy jeździli motocyklami utwierdzał się w przekonaniu, że Honda jest synonimem bezawaryjności i solidności. Trzeba przyznać, że nie był w tych przekonaniach odosobniony.

Pierwszym poważniejszym sprzętem po latach doświadczeń z motorynakmi, WSK-ami i późniejszymi nowocześniejszymi skuterami zostało jednak Suzuki GSX 600 Katana. Dwa przejeżdżone wspólnie sezony na tym bezawaryjnym olejaku pozostawiły w pamieci właściciela jedynie dobre wspomnienia.

Honda po raz pierwszy zawitała w garażu Maćka pod postacią pierwszej CBR-ki generacji F1. Ta ustąpiła miejsca popularnej „cebuli” tj. Hondzie CB 500, ale to ciągle nie było to. Kolejny jednoslad w motocyklowej karierze Macka to już poważna Yamaha Thunder Race o niebagatelnej mocy 150 KM.

Po zachłyśnięciu się pierwszymi zastrzykami adrenaliny, której dostarczała ta maszyna, właściciel zaczał trzeźwo oceniać sytuację. Dostepna duża moc, niepotrzebna przy okazjonalnych wyjazdach z kumplami dla przyjemności była okupiona spalaniem w okolicach 9-10 litrów paliwa na 100 km, a przeciskanie się w korkach między samochodami tym sporym motocyklem było mało wygodne. Do tego dochodził apetyt na olej. Tego było za wiele. Bez specjalnego żalu Maciek pożegnał Yamahę i znalazł dla siebie docelowy motocykl jakim jest właśnie Honda 600 F4.

Po zakupie okazało się, że mimo sporo mniejszej mocy wcale nie odstaje ona od mocniejszych motocykli, przyspieszenie na poziomie 3 sekund do setki i prędkość maksymalna w okolicach 250 km/h rzadko kiedy uważane są za osiągi niewystarczajace.

Maciek uważa, że jego sprzęt jest bardzo dobrym połączeniem turystyka ze sportem i trudno się temu dziwić, w końcu takie założenia przyjęli w fazie projektowania japońscy inżynierowie. CBR-ka jest zwinna, łatwa do prowadzenia w zakrętach i bardzo żwawo przyspiesza. Z drugiej strony bez specjalnego wysiłku i wyjątkowych przygotowań pozwala też wybrać się w podróż na drugi koniec Polski.
Dlaczego motocykle?

Chwile spędzone na motocyklu są dla Maćka niczym medytacja. Pozwalają mu się wyciszyć, odciąć od bieżących problemów, skupić się na przyjemności z jazdy i na chwilę zapomnieć o prozie życia i przeszkodach z jakimi wszyscy musimy się mierzyć na co dzień. Nie bez powodu powstało powiedzenie, które mówi, że nie znajdzie się motocykla zaparkowanego pod gabinetem psychoterapeuty. Najlepszą terapią dla motocyklistów jest po prostu jazda.

Marzeniem Maćka jest zafundowanie sobie nowego narządzia do medytacji. Tym razem europejskiego. Jeśli tylko pozwolą mu na to finanse i okoliczności chciałby sprawić sobie BMW S1000 RR. Jemu jak i wszystkim nam marzącym o swoich wyśnionych 2 lub 4 kółkach życzę, żeby te marzenia jak najszybciej zamieniły się w rzeczywistość.
A pełną historię Maćka możecie obejrzeć tutaj.
