
Czy V generacja amerykańskiej legendy może sprawiać radość z jazdy? Czy to emocjonująca maszyna czy raczej poprawny samochód w atrakcyjnym opakowaniu? Przekonajmy się.
Wygląd zewnętrzny
Ford Mustang. Chciałoby się powiedzieć muscle car, ale to w zasadzie pony car. W Polsce słowo pony kojarzy się z zestawem zabawkowych koników dla dziewczynek więc trudno się dziwić, że ta nazwa nie jest przesadnie często używana, ale tak właśnie jest – Mustang należy do kategorii pony carów, czyli tych mniejszych usportowionych samochodów rodem zza wielkiej wody.

Uważam, że jest to najlepiej wyglądająca generacja tego modelu jeśli chodzi o wersje, które pojawiły się po 2004 roku czyli po sławnej reinkarnacji kiedy to Mustangi przestały brnąć w coraz to bardziej plastikowe klimaty, a na powrót ożywiły sentymenty do starej motoryzacji. Ford nie był w tym osamotniony, modę na stylistykę retro podsycał przecież Volkswagen nowym Garbusem, na rynku pojawił się także nowy Mini, a Chrysler wypuścił PT Cruisera. No więc Amerykanom się udało. Bazując na wzorze z lat 60-tych stworzyli nowoczesne auto,które stylistycznie nawiązywało do protoplasty sprzed kliku dekad. Ale o ile pierwsze z tych nowych Mustangów zdążyły się już opatrzeć, to wersja, którą jeździłem to moim zdaniem wizualna doskonałość. Kolejna czyli szósta odsłona Forda jest już dla mnie za delikatna, za ładna,zbyt ugładzona stylistycznie, ze zbyt wąskimi światłami itd. Zmiany, które wprowadzono tutaj odmłodziły samochód stylistycznie jednocześnie ciągle nie przecinając nici wiążącej go z przodkami.

Świetne są światła, te przednie zamieniły się miejscami z kierunkowskazami i dodały przodowi agresywności,ale absolutnym mistrzostwem są lampy tylne. Po odejściu od szerokich plafonów pierwszych sztuk generacji piątej i nieco lepiej wyglądających kloszy po pierwszym liftingu czerwono-szary podzielony na trzy części zestaw świateł po liftingu nr 2 to dzieło skończone. Moim zdaniem to auto nie powinno być już rozwijane jeśli chodzi o stylistykę, a jeśli już to ta wersja powinna być produkowana równocześnie z kolejnymi generacjami jako model Classic, albo coś w tym stylu. Pamiętacie Astrę Classic serii 1, produkowaną razem z dwójką? Wiem, że to drastyczne i boleśnie jest sprowadzające na ziemię porównanie, ale rozumiecie koncepcję.

Mustang, którego dostałem w swoje ręce miał nadwozie coupe, ale właściwiej byłoby powiedzieć, że to fastback bazując na nazewnictwie pierwszej generacji, której nadwozie coupe wyglądało trochę inaczej. Fastback jest o wiele bardziej poszukiwaną wersją tych starych Mustangów, zwłaszcza po tym jak w filmie „60 sekund” przerobiono go na model Eleonor i dzisiaj ludzie na całym świecie chcą mieć coś takiego w swojej kolekcji. Przy takiej popularności starego fastbacka nie dziwi,że piąta generacja była produkowana, nie licząc cabrio, tylko z takim tyłem. Samochód, którym jeździłem jest spójny, przemyślany,widać, że wybór dodatków nie był przypadkowy. Zapewne z powodu szarego koloru i tych błyszczących poprzeczek górnego i dolnego grilla kojarzy się właśnie z wozem, którym na ekranie szalał Nicolas Cage i oczywiście do oryginału nigdy się nie zbliży, ale uważam, że ktoś wybrał dobry kierunek stylizacji. Świetnie wyglądałyby to montowane na tylnej bocznej szybce tzw. skrzela, ale nie jest źle. Czarna naklejka z amerykańską flagą podtrzymuje dyskretnie klimat nie wyróżniając się przy tym za bardzo.

Auto nie należy do małych,jego długość to pokaźne niemal 4,8 m czyli wielkość na przykład Forda Mondeo MK4i to w wersji kombi. Bryła nadwozia jest bardzo muskularna, maska silnika pokaźna i szeroka, ale wszystko z zachowaniem odpowiednio przyjemnych dla oka proporcji.

Wnętrze
W środku samochód na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie bardzo wygodnego i tak jest w rzeczywistości. Nie da się przeoczyć niskich szyb bez ramek czy raczej oszczędnego przeszklenia. Przez oklejoną boczną szybkę w aucie jest dosyć ciemno,ale poza tym miejsca jest pod dostatkiem i siedzi się tam bardzo komfortowo. Grube, solidne fotele wydają się dosyć wysokie, ale po zajęciu miejsca jest bardzo dobrze.

Nie licząc konieczności zejścia w kolanach niżej niż przy wsiadaniu do bardziej pospolitego wozu reszta jest jak się wydaje podporządkowana wygodzie. Tzn sport sportem, ale fani podwójnych hamburgerów i smażonych na głębokim tłuszczu frytek mają się tu czuć dobrze, no i co tu dużo mówić: we wnętrzu Mustanga czułem się świetnie. Kierownica jest wielka. Znowu – wydaje się, że w aucie o sportowym rodowodzie będzie ona mała i ciężka w kręceniu,ale w rzeczywistości sprawia wrażenie bardziej koła sterowego na małym statku niż kierownicy w samochodzie.

Na poprzeczkach umiejscowiono przyciski sterujące radiem i komputerem pokładowym. Świetne są zegary, wąskie cyfry na licznikach zdecydowanie przenoszą nas klimatem w lata 60-te. Wskaźniki, mimo że mają wygląd retro dają się dopasowywać do preferencji kierowcy w każdym razie jeśli chodzi o kolory. Można zmieniać nie tylko podświetlenie samych cyfr,ale też opcją o nazwie halo wybierać oświetlenie pierścieni okalających zegary,do tego dochodzi zmienne podświetlenie podłogi.

Niestety było za jasno, żeby to nagrać, ale wierzcie mi jeśli ktoś lubi takie gadżety będzie miał problem z ruszeniem z miejsca,bo kombinacji są pewnie setki i może się to skończyć tak jak w przypadku maratończyka – amatora, który przed treningiem przez pół godziny nie może zdecydować się jakiej aplikacji do zapisania swojej aktywności użyć. Nie znam nazwy tego pakietu wyposażenia,ale z pewnością nie jest to Base. Mamy tutaj dużą dotykową nawigację, system audio, skórzane fotele i sporo elektryki.

Przed jazdą zajrzałem jeszcze pod maskę i do bagażnika. W komorze silnika czeka na nas najbardziej kompromisowa jednostka napędowa w tym modelu,to jest V6 o pojemności 3.7 l oraz mocy 305 KM. Jest wciśnięta dosyć głęboko w kierunku kabiny,widać wyraźnie, że spokojnie można tu zmieścić jeszcze dwa cylindry Dostanie się do bagażnika zajęło mi chwilę, bo nie wpadłem na to,żeby poszukać guzika do jego otwierania w środku na szczęście można to było zrobić także za pomocą pilota, ale już w podniesieniu klapy nie pomoże nam żadna klamka ani wytłoczenie.

Kufer BMW X5,którym na co dzień jeżdżę ma tak szeroką listwę do chwycenia,że nawet chłop o dłoniach jak bochny chleba spokojnie może ją otworzyć. Do podwadzania palcami klapy Mustanga musiałbym się przyzwyczaić. A kiedy już podniosłem ją do góry to okazało się,że dużo bardziej intuicyjne i zwyczajnie prostsze jest otwarcie jej od środka za pomocą dobrze widocznego plastikowego uchwytu. Bagażnik jest zaskakująco duży i głęboki,otwór załadunkowy nie pomaga może w przewożeniu dużych gabarytów,ale też nie ma na co narzekać. Sportowe samochody do jakich Mustang aspiruje nie są projektowane przecież dla rodzin wybierających się na wakacje,chociaż słyszałem o pewnym właścicielu Mustanga, który wymienił średniej wielkości SUV-a na takiego właśnie Forda i nie narzeka.
Jazda
Do kluczyka sięgałem z pewną taką nieśmiałością,spodziewając się jakiegoś głośnego warknięcia na dzień dobry. Niestety układ wydechowy w tym egzemplarzu był bardzo grzeczny,do tego stopnia, że żeby go dobrze usłyszeć musiałem otwierać szybę. Zresztą to przydało mi się jeszcze z innego powodu,ale o tym za chwilę. Widok zza kierownicy sprawia dobre wrażenie zwłaszcza kiedy popatrzymy na unoszący się na środku garb maski silnika,który wiele obiecuje. Wieniec kierownicy jest gruby i zachęca do chwycenia jej pełną garścią.

Kula wieńcząca dźwignię zmiany biegów jest akcesoryjna albo pochodzi z jakiejś innej wersji,wygląda bardzo retro i chociaż nie jest w kolorze białym trzeba przyznać, że do tego wnętrza pasuje jak ulał. Tak, może trochę ślizga się w dłoni i tak, może trochę nie chciała się właściwie dokręcić to znaczy dokręcona pokazywała schemat biegów ułożony na skos, co dla mnie jako perfekcjonisty na dłuższą metę byłoby nie do wytrzymania, ale za to każda zmiana biegu przypominała mi jednak,że nie siedzę w amerykańskim Passacie czy też amerykańskim BMW E46, jak mówią niektórzy złośliwcy, tylko właśnie w Mustangu.

Ruszanie utrudniało trochę wysoko biorące sprzęgło,nie wiem czy to seryjna przypadłość jak niegdyś w moim Audi A4 B6,czy po prostu kończyło ono swój żywot. W każdym razie trzeba było się skoncentrować, żeby obyło się bez skoków przy ruszaniu niczym w „eLce”. Na kilku światłach przydała się ta uchylona szyba, o której wspominałem,żeby na ucho stwierdzić jak blisko jestem od zgaśnięcia silnika. Chociaż raz zdarzyło się, że przy starcie kontrolki zaświeciły się na czerwono oznajmiając: ale przypał…

Kiedy już udało się płynnie ruszyć jazda była przyjemna, na przykład każde przesunięcie dźwigni biegów w nowe położenie dawało mi wrażenie bawienia się zamkiem karabinu. Przypomnijcie sobie teraz wszystkie filmy z dzieciństwa,wszystkie Rambo, Commando i temu podobne,w których dźwięki przeładowywanej broni były częstsze niż dialogi. Takie wyraźne „klik klik” przy zmianie biegów w Mustangu przeniosło mnie właśnie w klimaty wojenno-westernowe, czyli chyba prawidłowo. Nie wiem czy jest sens porównywać Mustanga do usportowionych coupet, którymi jeździłem wcześniej, żeby wspomnieć tylko BMW 330 Marcina. To zupełnie inna bajka. Tutaj brakowało mi bezpośredniości układu kierowniczego, czucia zawieszenia, że o sprzęgle już nie będę wspominał. Wydaje mi się, że Mustang jest tym autem, które pod maską musi mieć trochę za dużo koni. Nie będę rozwijał tego za dużo,bo każdy pewnie musiałby sobie odpowiedzieć sam na pytanie ile to jest i tych za dużo koni mogłoby wtedy pozwolić na jazdę mocno zamaszystą, przesadzoną i nie tyle precyzyjną co pozwalającą wyczuć po jakimś czasie gdzie leży ta bułowatość, a zaczyna się na przykład skręt czy skuteczne hamowanie.

Z pewnością przydałby się tor, na którym można by zbadać granice sterowalności tego auta i przy okazji całkiem dobrze się pobawić. W normalnych miejskich warunkach trudno o doznania ekstremalne i mądrzenie się na temat tego jak wygląda jazda na limicie. Jedziesz wygodnie, siedzisz wygodnie,kręcisz lekko wielką kierownicą i hamujesz przyzwoicie, ale chciałoby się trochę surowiej, trochę bardziej bezpośrednio trochę głośniej, w końcu gdybym chciał pojeździć Mondeo to pożyczyłbym Mondeo. Nie zrozumcie mnie źle,to w żadnym razie nie jest powolny czy mułowaty samochód,po prostu w swej całej wygodzie i przy wyciszonym wydechu nie daje odczuć, że do setki potrzebuje jedynie 6 sekund.
Podsumowanie

To wszystko nie ma jednak znaczenia, bo w końcu przejechałem się jednym z najlepiej wyglądających Mustangów z bardzo przyzwoitym silnikiem. Co zaskoczyło mnie w nim najbardziej to wrażenie,że można nim pojechać w naprawdę daleką trasę i po przybyciu na miejsce raczej nie zakończy się to rzuceniem przez zęby: nigdy więcej! Skrzynia ma sześć biegów co daje nadzieję na jakieś przyzwoite spalanie w dłuższych trasach,no i komfort dla uszu w czasie wielogodzinnej jazdy. Wyobrażam sobie Mustanga jako dobre auto na co dzień, tym bardziej, że ten egzemplarz,trzymajcie się teraz foteli,był wyposażony w instalację LPG. Te silniki podobno chętnie przyjmują gaz,a instalacja, która była tu zamontowana działała niezauważalnie. Nic tylko jeździć. Zapamiętam, że ten Mustang był wystarczająco oszczędny, żeby nie bać się go często używać,wystarczająco cichy, żeby kierowcy nie bolała głowa i wystarczająco dobrze wyglądający, żeby kilka głów przechodniów na ulicy odwrócić. A wydech zawsze można zmienić.
Jeśli chcecie przyjrzeć się opisywanemu Mustangowi na filmie to zachęcam do kliknięcia w link poniżej.
